Blog fotokulinarny

zdrowe

Jakiś czas temu opublikowałam przepis na batony daktylowo-nerkowcowe. I dzisiejszy przepis jest wariacją na temat tych batonów – tylko tym razem w formie kulek. Kulki mają tę przewagę nad batonami, że wychodzi ich więcej i są takie w zasadzie na jednego kęsa. Albo na dwa, zależy od wielkości kulki.

Takie kulki są idealne, gdy macie ochotę na coś słodkiego. Są całkowicie naturalne, a słodkość pochodzi tylko z daktyli. Są pyszne, lekko czekoladowe…  Mmmm…

Kulki można zapakować w mini papilotki, wyglądają wtedy bardziej elegancko i profesjonalnie ;)

Składniki:

  • 200g nerkowców
  • 200g świeżych daktyli
  • skórka otarta z jednej pomarańczy
  • 3 łyżeczki kakao

Przygotowanie:

Do przygotowania potrzebne będzie, podobnie jak w przepisie na batony, tyle samo nerkowców i świeżych daktyli (suszone daktyle też mogą być, tylko trzeba je najpierw namoczyć, żeby były bardziej „plastyczne” i żeby łatwiej było je zmiksować). Do tego trochę kakao. I skórka otarta z pomarańczy (opcjonalnie). Miksujemy w blenderze, najpierw orzechy, później dodajemy daktyle i skórkę pomarańczową, na koniec dosypujemy kakao. Miksujemy pulsacyjnie, masa jest gęsta i czasem trzeba sobie pomóc łyżką. Gdy wszystkie składniki będą zmiksowane, przekładamy je do miski i dłońmi jeszcze ugniatamy, jak ciasto. Miskę z masą chowamy do lodówki na min. 30 minut, żeby masa trochę się schłodziła. Po tym czasie łyżeczką do herbaty nabieramy masę i dłońmi formujemy kulki. Od Was zależy, jakiej wielkości kulki powstaną. Ja chyba najbardziej lubię takie nieduże, o średnicy 1,5 cm. Gotowe kulki znów wstawiamy do lodówki. Istnieje niebezpieczeństwo, że za każdym razem, gdy otworzycie drzwi, będziecie sięgać po kulkę – na wszelki wypadek przechowujcie kulki w zamkniętym pojemniku. ;)

Wychodzi 40-45 małych kulek.

 

Kupiłam ostatnio brukiew – warzywo zapomniane i rzadko spotykane. Jednak im dłużej o tym myślę, to przypomina mi się, że gdzieś już je kiedyś widziałam. U Dziadków na wsi. I nawet je kiedyś jadłam. Tylko wtedy wszyscy mówili na nie „karpiel”. Co więcej, karpiele były przeznaczone jako pasza dla zwierząt, ale czasem udawało się skraść jednego i schrupać na surowo. Nigdy natomiast nie jadłam brukwi gotowanej. A w takiej Anglii na przykład można kupić ją praktycznie wszędzie – jako warzywo, które dodaje się do zup.

Surowa brukiew jest troszeczkę podobna w smaku do rzodkwi. Gotowana – staje się słodka. Postanowiłam zrobić z brukwi zupę-krem. Wyszła przepięknie słoneczna, a dodatek batata tylko wzmocnił kolor i dodał słodyczy.

Czytaj dalej...

W zasadzie powinnam była zrobić to już dawno temu i nie wiem, czemu tak długo zwlekałam. Wszyscy mnie zachęcali do własnej strony z przepisami, bo blog, który od siedmiu lat (nieregularnie) prowadzę razem z Velvetine, zawiera tylko zdjęcia i trzy przepisy na krzyż, a wiele osób widząc zdjęcia prosiło o przepisy. Chyba do działania zmotywowała mnie B., która od całkiem niedawna nosi się z podobnym zamiarem. (Dziękuję, B. i trzymam kciuki za Twoje przedsięwzięcie!)
Tak więc ruszam od nowego roku. :)

A w tym nowym, 2013 roku…

Wam i sobie życzę wszystkiego smacznego, spokoju i czasu na gotowanie, realizacji planów i czasu na pasje,
wielu inspiracji i radości z jedzenia.

Najlepszego nowego roku!